Na co choruje służba zdrowia

Nie ma chyba osoby, która nie zetknęłaby się z placówkami szeroko rozumianej ochrony zdrowia. Wielu korzysta z tzw. poradni rodzinnych podstawowej opieki zdrowotnej, inni z poradni specjalistycznych, gdzie przyjmują: kardiolog, dermatolog, gastrolog, urolog czy laryngolog, jednak dostęp do nich jest utrudniony i często wyczekiwany w kolejkach.

Z leczenia szpitalnego korzysta tylko część pacjentów i oby tak było, bo to najbardziej poważne przypadki, które leczyć trzeba pod nadzorem.

Jak to jest, że nasze odczucia związane z kontaktem ze służbą zdrowia nie zawsze należą do przyjemnych? Brak dostępności do wielu specjalistów, system kolejkowy, niska refundacja leków zapisanych na receptę, ograniczony dostęp do diagnostyki, poszukiwanie możliwości leczenia nie tylko w kraju, ale i na świecie, brak  refundacji przez NFZ leczenia eksperymentalnego będącego jedyną nadzieją na ocalenie życia, braki w personelu medycznym lekarskim i pielęgniarskim, to główne „choroby” naszej ochrony zdrowia.

Społeczeństwo ma odczucie, iż wieloletnie płacenie składek zdrowotnych da im możliwość korzystania w pełni z dostępu do wszystkiego, czego oczekuje dla poprawy swojego zdrowia. Niestety za organizacją dostępności i dystrybucji płatności za leczenie pacjentów stoją instytucje państwowe, które określają zasady nie zawsze pacjentom znane. I tak dla porządku reforma szpitali z 2016 r. i utworzenie ich sieci, miała wyłonić placówki z podziałem pierwszego, drugiego i trzeciego stopnia, przy czym dwa ostatnie to typowe placówki specjalistyczne. Dla pacjenta dostęp do szpitali pierwszego stopnia to nic innego jak leczenie typowych, powszechnych zachorowań. Przy konieczności zastosowania leczenia  specjalistycznego następuje obowiązkowe przekazanie lub przekierowanie pacjentów do wyspecjalizowanych placówek wyposażonych w sprzęt i kadrę stosujących leczenie na wymaganym dla danego stopnia referencyjności poziomie.

Problem kolejny to uzyskiwane przez placówki medyczne płatności za leczenie pacjentów, które wynika z podpisanych kontraktów ryczałtowych tych placówek z Narodowym Funduszem Zdrowia. Społeczeństwo oczekuje dostępności do specjalistów w krótkim czasie. Niestety fundusz bardzo często nie daje możliwości uzyskania finansowania na działanie na danym terenie nowych poradni specjalistycznych. Te, które są w odległości 100-150 km, są dla niego wystarczającym zabezpieczeniem określonej populacji obywateli. Ponadto kiedy podejmie się już działania zmierzające do tego, aby nowa poradnia powstała, zarządzający jednostkami muszą znaleźć lekarza specjalistę (a tych jest jak na lekarstwo), przekonać do podpisania umowy na współpracę, wyposażyć w niezbędny sprzęt i dopiero ubiegać się w konkursie o finansowanie tej poradni. Z reguły to finansowanie zabezpiecza tylko część potrzebujących lub jest ograniczone z uwagi na możliwości  czasowe lekarza. Stąd możliwości niewspółmierne do morza potrzeb.

Szkoda, że poradnie podstawowej opieki nie chcą poszerzać swoich zakresów działań i otwierać poradni specjalistycznych, bo to choć w części zwiększyłoby dostęp dla oczekujących pacjentów. Może odpowiedź na to jest prosta z uwagi na fakt, iż finansowanie podstawowej opieki jest duże lepsze, niż środki przekazywane dla szpitali. Niezaprzeczalnym argumentem jest także i to, iż pacjenta z powodu braku miejsc można z jednej przychodni odesłać do drugiej lub przyjąć na następny dzień. W szpitalu ta sytuacja jest zgoła inna. Nawet jeżeli szpital wydatkował już całą kwotę ryczałtu, to musi ratować życie i zdrowie ludzkie przy jego zagrożeniu a pieniędzy za to nie otrzyma. Stąd takie trudności finansowe miejskich szpitali. Procedury nisko wycenione nie pokrywają wszystkich kosztów związanych z leczeniem, a i pacjent, który trafia z POZ  na zabieg planowy nie ma często wyników badań diagnostycznych, bowiem usłyszał od lekarza pierwszego kontaktu, iż wszystko zrobią mu w szpitalu.

Taka jest szara rzeczywistość funkcjonowania ochrony zdrowia. W tym wszystkim pacjent, który wymaga leczenia, nie wie, iż placówki zdrowotne są chore tak jak i on.

Nie znaczy to, że nie można realizować działań, które polepszą lokalne funkcjonowanie służby zdrowia. Programy profilaktyki zdrowotnej dla mieszkańców, zachęty dla absolwentów kierunków medycznych do podjęcia pracy na lokalnym rynku, polityka mieszkaniowa dla deficytowych zawodów medycznych, czy ułatwienia w podjęciu działalności gospodarczej z zakresu ochrony zdrowia, to tylko część działań, które można podjąć, aby polepszyć w przyszłości funkcjonowanie opieki zdrowotnej. Trzeba przyjaznego i otwartego samorządu dla tych przedsięwzięć, aby poprawić to, co w systemie ogólnopolskim wymaga wielu zmian.

  Dorota Konkolewska